Jakby mi mało emocji było w sobotę, w niedzielę 28.02 postanowiłam wziąć udział w I Biegu u Puchar Wisły. Zawody były przekładane z innego terminu i z powodu pogody i braku śniegu istniała spora szansa na ich odwołanie. Podobnie jak wcześniejszego „Bruclika”. O sobotnich zmaganiach w Istebniańskim Brucliku możecie przeczytać tutaj. Z chyba tak mieszanymi uczuciami nie zdażyło mi się jeszcze startować. Z jednej strony miałam serio doła i byłam zrezygnowana, z drugiej czułam, że po prostu nie mogę się wycofać. Przyjechałam, byłam już od dwóch dni w Istebnej, klamka zapadła- startuję.

Dystans zawodów wynosił ok 7.5 km (planowo miało być 10 km) zatem czekało mnie trzykrotne pokonanie pętli z soboty. Czekało mnie też trzykrotne pokonanie paskudnego zjazdu, na którym dzień wcześniej glebowałam i dość paskudnego podbiegu. Co nas nie zabije to nas wzmocni they say…

Tym razem na stadion przyjechałam dużo wcześniej i postanowiłam dołączyć do Piotrka na rozgrzewce. Trasa były totalnie rozkopana, dziurawa i po zmianie pogody- zmrożona. Już pierwsza próba pokonania owego zjazdu skończyła się glebowaniem zarówno przeze mnie jak i Piotrka. Poobijaliśmy się całkiem nieźle i przez chwilę oboje zaczęliśmy się mocno zastanawiać czy w ogóle był sens startować. Glebowanie na takiej trasie może skończyć się kontuzją i/lub zniszczeniem sprzętu. Trasa wyglądała fatalnie, dziura na dziurze, a wszystko twarde i zmrożone. Po chwili nadjechał jednak ratrak i najgorsze miejsca trasy zostały poprawione. Zapadła decyzja, że zostajemy.

Osobiście zdecydowałam się powalczyć, aczkolwiek wydaje mi się, że ta cała niepewność, słaby wynik dzień wcześniej i ogólnie wszystko co działo się 2-3 tygodnie przed zawodami mocno zburzyło we mnie wolę prawdziwej walki. Od samego początku bardzo źle mi się biegło w zawodach. Śnieg był tępy, wolny, tory rozdeptane, na każdym z trzech kółek glebowałam w tym samym miejscu, (tak, tym samym co dzień wcześniej…), najdłuższy podbieg normalnie mnie wykończył. Nie do końca była zadowolona z tego jak narty jechały, miałam też wrażenie, że hamują. Już na pierwszym okrążeniu tak strasznie spięło mi przody nóg, okolice piszczeli, że ledwo podchodziłam pod górę. Pomyślałam sobie „jejku ja nie dam rady, to dopiero pierwszy podbieg, a przede mną jeszcze dwa!’. Byłam bardzo blisko tego, żeby zejść z trasy. Docierałam do skrzyżowaniu trasy ze zjazdem na stadion i byłam niemal pewna, żeby zjechać. Pomimo rozgrzewki i innych wcześniejszych zabiegów ból był ogromny. Wydawało mi się, że lada chwila nie będę w stanie podnieść nóg do góry, w zasadzie chyba już wtedy wlekłam stopami po śniegu. Pojawiła się jednak taka myśl, że choćbym miała być ostatnia to ukończę ten bieg, że przecież przeczłapię jakoś i że nie mogę się poddać. Chyba gdybym się poddała to byłoby to gorsze niż te kilkanaście minut bólu. Było mi smutno, czułam gulę w gardle, łzy płynęły mi z oczu i zbierały za się okularami. Zacisnęłam zęby. Na drugim podbiegu było chyba najgorzej- cierpiałam strasznie. Ostatni za to w miarę, ale to chyba tylko dlatego, że wiedziałam, że to ostatni. Podobał mi się komentarz Piotrka, który stwierdził, że moje jęczenie i stękanie na podbiegu go zmotywowało. Pomyślał sobie, że jak ja wydaje takie odgłosy, a on nie to chyba za mało się stara. Choć tyle dobrego zrobiłam 🙂

Zawody ukończyłam. Niezadowolona z siebie, podłamana. Chyba tego też musiałam doświadczyć. To przykre doświadczenie, ale jest to lekcja i z pewnością porządnie odrobię zadanie domowe. I promise 😉

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.