Jeden weekend, dwa biegi – 46 Międzynarodowy Bieg o Istebniański Bruclik i I Bieg o Puchar Wisły. Dla mnie miały to być finalnie jedyne zawody w normalnej, niecovidowej wersji. Zawody Turbacz XC Uphill oraz Bieg Piastów odbywały się w wersji indywidualnej, Mistrzostwa Polski Amatorów zostały przełożone na tydzień, w którym miałam już opłaconą rezerwację w Jakuszycach, na Bieg Lotników w Ustjanowej nie udało mi się dojechać. Pozostał zatem Istebniański Bruclik i Puchar Wisły.

Ale od początku…

Międzynarodowy Bieg o Istebniański Bruclik to najstarszy bieg narciarski w Polsce. W tym roku odbyła się jego 46 edycja! Zawody rozgrywają się na bardzo wymagających trasach narciarskich zlokalizowanych na Przełęczy Kubalonka w Istebnej. Trasy na Kubalonce obfitują w strome i długie podbiegi (jeden z największych podbiegów na trasach narciarskich w Polsce), ostre, szybkie zjazdy, zakręty. Nawet czołowi polscy zawodnicy uważają tę trasę za wyjątkowo ciężką i w zasadzie wszyscy z którymi rozmawiałam mieli jakąś „historię ciężkich przejść i walki” z Kubalonki.

Ja osobiście Kubalonkę bardzo lubię i cenię za to właśnie, że jest tak wymagającą trasą. Wiem, że trening na Kubalonce weryfikuje umiejętności i daje możliwość porządnego treningu wszystkiego- od wydolności po technikę. Rok temu na Biegu o Istebniański Bruclik zajęłam II miejsce w kategorii wiekowej. Pogoda tego dnia była piękna, warun idealny, trasa fantastycznie przygotowana, a ja byłam w dobrej dyspozycji. Czyli zupełnie na odwrót niż w tym sezonie 🙂

Istebniański Bruclik
45. Międzynarodowy Bieg o Istebniański Bruclik , I miejsce Ewa Armata, II miejsce Karolina Stensen, III miejsca Kamila Wantulok

Ten sezon był jak wszystko inne, niezwykle dziwny. Trenowanie w sytuacji obawy o zdrowie, obostrzeń i ciągłych zmian nie należał do najłatwiejszych, tym bardziej, że bieganie na nartach po Krakowie w zasadzie nie jest możliwe. Co prawda w tym roku zima zaskoczyła narciarzy i przyszła do Krakowa, był to jednak okres kilkunastu dni. Od początku grudnia wszystkie weekendy i świąteczne dni wolne od pracy spędzałam na nartach. Wyjazdy, szukanie noclegów i cała logistyka były dość mocno stresujące, no bo wiadomo – lockdown i wszystko jest nielegalne. Tym bardziej ciężko się trenuje, kiedy w za bardzo nie wiemy na co, kiedy nie wiadomo na który weekend budować szczyt formy, bo zawody są odwoływane lub przekładane. Przy mojej pracy, ilości stresu jaki mam i innych okolicznościach życia osobistego, których nie będę tutaj poruszała, te ciągłe zmiany były dla mnie ogromnym obciążeniem. Szczególnie zmęczenie, stres i frustracja dawały mi w kość w lutym i zamiast jechać na zawody, najchętniej pojechałabym na plaże z drinkiem z palemką.

Finalnie zawody zostały przeniesione na 27 lutego 2021 r. Obostrzenia zostały zniesione na tyle, że wszystko wyglądało na to, że będą się mogły odbyć. No prawie wszystko. Na kilkanaście dni przed zawodami nastąpiła duża odwilż i trasa z dnia na dzień zaczęła znikać. Dla mnie był to kolejny stres – czy zawody się odbędą i co ze smarowaniem nart?

Dzień przed zawodami pojechałam do Klikuszowej z planem przygotowania nart na zawody i zrobienia treningu na tzw „przepalenie” przed weekendem. Na miejscu, po analizie pogody okazało się, że w zasadzie smarowanie na odległość nie jest możliwe. Przygotowałam zatem ślizgi nart na jazdę, a kwestie smarowania „na trzymanie” postanowiłam rozwiązać na miejscu. Na treningu czułam się świetnie, byłam niesamowicie nakręcona i nastawiona na dobry bieg.

trening na Centrum Narciarstwa Biegowego w Klikuszowej, dzień przez Biegiem o Istebniański Bruclik. Jak widać warunki na Podhalu były wyborne

Niesamowite zaangażowanie organizatorów sprawiło, że zawody doszły do skutku! W godzinach nocnych transportowano śnieg i odtwarzano trasę, tak aby pomimo odwilży zawody mogły się odbyć. Niemniej jednak wiadomo, w takich warunkach trasa nie należała do łatwych ani przyjemnych. Pogoda była straszna- zimno, szaro, wietrznie, padała mżawka i generalnie wszystko odpychało od zostania w lycrowym stroju startowym. Całe zmęczenie i stres ostatnich tygodni, a może nawet i więcej skumulował się akurat w ten weekend. Czułam się strasznie i nie miałam ochoty na bieg. Dalej nastąpił już tylko festiwal błędów…

tak wyglądał start kobiet na dystansie 5 k, pogoda i warunki dla koneserów
fot. istebna.eu

Dzięki pomocy Kuby Cieślara, koordynatora Pucharu Polski Amatorów, udało mi się znaleźć pomoc w smarowaniu nart. Zostawiłam narty na serwis i jak zwykle, około godziny przed startem rozpoczęłam rozgrzewkę (start był zaplanowany ok godz. 12.00). Po kilkunastu minutach rozgrzewki usłyszałam na trasie pytanie „a pani nie startuje w zawodach? przecież są za 15 minut?”. Przeżyłam zawał sera 😀 Pędem zjechałam na stadion, gdzie spiker właśnie zapowiadał, że start zaplanowany został na 11.40! Tym samym moja rozgrzewka poszła się…no wiecie co. Start na tak krótkim dystansie bez rozgrzewki to jedna wielka masakra, ale musiałam jeszcze iść do toalety, odebrać narty, zdjąć ciepły dres, a czasu było na to na styk. Koleżanki, które zdążyły zrobić rekonesans trasy potwierdziły, ze mamy krótką pętlę, którą biegniemy dwa razy. Ale i to okazało się półprawdą (dlaczego pół okaże się dalej) bo miałyśmy biec jedną pętlę o długości 5 km. Byłam zdezorientowana, ale nic już nie mogłam zrobić innego jak tylko biec 🙂

Kubalonka w dniu zawodów
fot. Gmina Istebna

Ze stadionu wyszłam bardzo ładnie- byłam naprawdę zadowolona z siebie jak wybiłam się na ciężki stromy podbieg wychodzący ze stadionu, trzymałam się ściśle czołówki. Narty ewidentnie fajnie trzymały i dobrze jechały. Przejechałam ładnie wypłaszczenie i weszłam w strony kręty zjazd. I tu stało się najgorsze. Na samym dole wyleciałam z zakrętu i wpadłam w głębszy śnieg. Skrzyżowało mi nogi i całą jakoś tak powykręcało, że nie byłam w stanie się podnieść. Kątem oka widziałam widziałam mijające mnie zawodniczki i czułam coraz większą panikę. Gdy wreszcie udało mi się wygramolić musiałam zmierzyć się z najcięższym podbiegiem Kubalonki. Bez wcześniejszej rozgrzewki, zdenerwowana upadkiem ledwo na niego weszłam. Byłam troszkę w nerwowym amoku, zestresowana całą sytuacją i choć resztami mocy walczyłam to chyba chwilowo wola walki tak naprawdę mnie opuściła.

start
fot. istebna.eu

Na szczycie podbiegu i wypłaszczeniu potrzebowałam kilku minut, żeby dojść do siebie. Nadal jednak bardzo czujnie, bo słabe warunki na trasie nie zostawiały miejsca na błędy techniczne. Zaniepokoiło mnie mocno gdy zaczęłam się zbliżać do stadionu, a w żadnym miejscu nie widziałam wejścia na większą pętlę- zegarek pokazywał dystans ok 2500 m. Pomyślałam, że pewnie na stadionie będzie tranzyt na jakąś mniejszą pętlę. Postanowiłam spokojnie zjechać na stadion, ostrożnie żeby nie stracić czasu na ewentualną glebę i przywalić z buta na ostatnich dwóch kilometrach, spróbować odrobić stracony czas i lokatę. I z tą radosną myślą, wjechałam na stadion i na metę… Dystans zawodów wynosił 3 km. I to jest właśnie to pół prawdy, a w sumie to pół trasy…

warunki wybitnie dla koneserów
fot. istebna.eu

Cała ta sytuacja bardzo mocno mnie przybiła. Powiem szczerze, że chyba nigdy nie czułam się tak fatalnie. W mojej głowie kłębiło się wiele pytań i myślałam jedynie o tym, że chcę już wrócić do domu. Byłam rozgoryczona bo czułam, że pomimo trudności solidnie przepracowałam rok. Chciałam spakować wszystko do samochodu i wracać do Krakowa i nie wystartować w Biegu o Puchar Wisły, który miał się odbyć a następny dzień. Chyba gdyby nie Piotruś Kasprzak (którego możecie poznać w tym poście) to zawinęłabym się raz do do domu. Ale spokój Piotrka i jego pozytywne nastawienie do świata zmotywowały mnie, żeby zostać na kolejny dzień i pobiec w Pucharze Wisły.

Ciąg dalszy nastąpi…

mam wrażenie, że ostatni rok był solidnie przepracowany

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.