Armenia jest krajem wyżynno- górzystym, a ponad połowa jej powierzchni leży na obszarze powyżej 2000 m n.p.m. Góry stanowiące większą część kraju, to tzw. Mały Kaukaz, którego średnia wysokość wynosi 2500 m n.p.m. Armenia jest jeszcze stosunkowo mało popularnym turystycznie krajem, dlatego w tutejszych górach naprawdę można się rozkoszować przyrodą i pięknem, w ciszy i spokoju. Krajobraz jest zróżnicowany, a widoki zaskakują nawet, tych którzy w swoim górskim i podróżniczym portfolio mają już długą listę odwiedzonych miejsc.

Przebieg całej wyprawy do Armenii, dzień po dniu, opisałam w tym poście, dlatego teraz skupię się jedynie na samych górach i opisie wejść na poszczególne szczyty. Serdecznie zapraszam do przeczytania tego wpisu i oglądnięcia zdjęć z wyprawy. Możliwe, że uda mi się Was zachęcić do odwiedzenia Armenii i wędrowania jej górskimi szlakami.

Khustup 3206 m n.p.m

Khustup był pierwszym celem naszych górskich eskapad. Już następnego dnia po przylocie do Armenii, ruszyliśmy w jego kierunku.

Nasz pierwszy górski cel, Khustup 3206 m n.p.m

Cała wyprawa miała nam zająć prawie 3 dni, w przeciwieństwie do pozostałych dwóch szczytów, Khustup leży dość daleko od Erywania. Przejazd był planowany na około 5 godzin, ale kto był na Kaukazie ten wie – szwankujące samochody, tankowanie, nie do końca zrozumiałe przerwy, przeraźliwy upał. Po 8 godzinach dojechaliśmy do miejsca, skąd miał się rozpocząć trekking do obozu. I tu pierwsza średnia niespodzianka- okazało się, że idziemy totalnie na lekko, a cięższe rzeczy wyjadą do obozu autami. Szkoda, że nie było to powiedziane od początku, bo zamiast liofów i innych turystycznych przekąsek można było spakować normalne jedzenie i wodę. Poza tym musieliśmy na szybko przepakowywać plecaki. Plus taki, że szło się bardzo lekko.

W czasie trekkingu do bazy, nasz cel za moimi plecami.

Podczas trekkingu zrobiliśmy trochę ponad 1000 m przewyższenia, co zajęło nam ponad 3 godziny. Całe szczęście popołudnie okazało się chłodne i wędrówka przez piękne, zielone pagórki, z cudnym widokiem na nasz cel była czystą przyjemnością.

Obóz położony był w częściowo opuszczonej wiosce

Obóz położony by we wiosce pasterskiej, w takich warunkach znalezienie odpowiedniego miejsca na rozbicie namiotu, jest zadaniem strategicznym. Kolejne dwie niefajne niespodzianki. Po pierwsze okazało się, ze do obozu większość osób przyjeżdża autami. Ok, ok, przynajmniej jesteśmy zdrowsi i przecież przyjechaliśmy na trekking. Po drugie, co gorsze, w obozie nie było dostępu do wody. Wspomnianym w programie dostępem do wody była oddalona o spory kawałek rura z wodą nieznanego pochodzenia (co w połączeniu z krowimi plackami dawało słabe perspektywy) lub woda, którą mogliśmy sobie wwieźć… Na szczęście udało się to wszystko ogarnąć- kierowcy dostarczyli nam obiecaną wodę, odnaleźliśmy także drugie, pewniejsze źródło, z którego woda po przegotowaniu nadawała się do spożycia.

okolice obozu

Następnego dnia, wcześnie rano wyruszyliśmy w kierunku szczytu. Mieliśmy do pokonania ok. 1100 m przewyższenia. Trasa początkowo wiodła ścieżkami wśród traw i generalnie niskiej, krzaczastej roślinności. Wraz z nabieraniem wysokości zaczęło się pojawiać coraz więcej skał oraz, tuż przed przełęczą z której prowadziła już droga na sam szczyt, kilka płatów śniegu.

Końcówka podejścia na Khustup. Na zdjęciu Gosia, Piotr i Ania. Zdjęcie: Aga Wielińska

Końcowy odcinek to niemal całkowicie skaliste podejście. Khustup jest górą trekkingową, a trudności na odcinku skalnym można nazwać śmiało „małymi”. W jednym lub dwóch miejscach trzeba sobie pomóc rękami, ale nie jest to nic wymagającego.

w drodze na szczyt
Trekking we mgle. Zdjęcie: Aga Wielińska

Na szczycie ustawiony jest krzyż. to jedyne co udało mi się stamtąd dostrzec tego dnia. Mgła szczelnie otuliła wierzchołek, uniemożliwiając podziwianie widoków, ba zobaczenia czegokolwiek.

Khustup 3206 m n.p.m. Na szczycie góry ustawiony jest krzyż, niestety gęsta mgła uniemożliwiła podziwianie widoków jakie rozciągają się z wierzchołka
Nasza ekipa na szczycie Khustup. Zdjęcie: Aga Wielińska

Mimo, że trekking na szczyt i z powrotem do obozu zajął nam prawie 7 godzin, nie był bardzo wyczerpujący. Generalnie góra nie należy do trudnych i pomimo 3206 m, jest osiągalna dla przeciętnego górołaza. Po powrocie do obozu czekał nas już odpoczynek, małe świętowanie i szykowanie się do wyjazdu, który zaplanowany był na następny dzień. W trakcie naszej nieobecności obóz mocno się rozrósł i niestety inne ekipy (ormiańskie) nie zachowywały się jak przystało w górach. Gdy my chcieliśmy odpocząć po ataku szczytowym, oni swoim przygotowaniami do wyjścia zrobili nam pobudkę o 4. Wczesną pobudkę wykorzystałam na podziwianie wschodu słońca (zdjęcie poniżej). Rozwodzenie się nad tą sytuacją nie ma większego sensu, wolę zapamiętać fajną stronę tego wypadu i „zdobycie” szczytu.

Jedyny plus niemiłej pobudki jaką zgotowały nam ormiańskie zespoły w bazie pod Khustupem. Dzięki temu wstałam i udało mi się zobaczyć przecudny wschód słońca
Wschód Słońca widziany z obozu pod Khustupem

Po złożeniu obozu czekał nas trekking do miejsca, z którego stratowaliśmy dwa dni wcześniej. Okrutny upał i zmęczenie zmusiły część naszej grupy do pokonania tego odcinka samochodem. Kolejne 8 godzin to jazda do Erywania, ze zwiedzaniem klasztoru Tatev po drodze.

klasztor Tatev, który zwiedziliśmy w drodze powrotnej z Khustup

Azhdahak 3597 m n.p.m

Kolejnym celem naszej wyprawy jest najwyższy szczyt Gór Gegamskich, Azhdahak 3597 m n.p.m. Nazwa góry pochodzi z języka perskiego i oznacza „potężny”. Jest to też imię mitycznego pół smoka – pół człowieka, potwora którego siedzibą jest góra.

Szczerze, chyba tej góry bałam się najbardziej. W sumie tylko dlatego, że na jej szczyt wybraliśmy się już dzień po powrocie z Khustup. Trzy dni trekkingu, mało snu i upał dały się wszystkim mocno we znaki i najzwyczajniej w świecie, każdy z nas był bardzo zmęczony. Na wyprawę na Azhdahak wyruszyliśmy wcześnie rano, ten dzień nie miał być bardzo długi bowiem Azhdahak leży stosunkowo blisko Erywania.

Najbardziej męcząca tego dnia okazała się jazda samochodami po totalnych wybojach. Rekompensatą (poza zdobyciem szczytu) były cudne widoki po drodze. Zdjęcie: Magda http://www.wiecznatulaczka.pl/

Tymczasem Azhdahak okazał bardzo przyjazną i szybką do zdobycia górą. Najbardziej męczący z całego dnia był dojazd i powrót. Trasa, która miała zająć 1,5 godziny trwała dwa razy tyle i prowadziła totalnymi wertepami. To w połączeniu z upałem i brakiem klimy w autach, dało nam po raz kolejny mocno w kość.

Grupa szykująca się do wymarszu.
Idziemy na szczyt Azhdahak. Zdjęcie: Aga Wielińska

Azhdahak jest przepiękną górą. Krajobraz przypomina widokówki z Islandii lub Nowej Zelandii, co zapewne ma związek z wulkaniczną przeszłością tych terenów. Góra jest wygasłym wulkanem, a we wnętrzu dawnego krateru znajduje się obecnie jezioro. Okolica to góry i pagórki o niesamowitej kolorystyce, która przeplatając się z płatami śniegu tworzy widoki zapierające dech w piersi.

Niesamowite kolory <3 Zdjęcie: Magda http://www.wiecznatulaczka.pl/

Trzy godziny trekkingu i osiągamy cel- Azhdahak 3597 m n.p.m. Czas potrzebny na dojście na szczyt i stosunkowo nieduży wysiłek z tym związany okazał się dla wszystkich miłym zaskoczeniem.

Jest bosko! Zdjęcie: Magda http://www.wiecznatulaczka.pl/
Docieramy do szczytu. Zdjęcie: Magda http://www.wiecznatulaczka.pl/
takie widoki podziwiamy wędrując na Azhdahak
z Magdą prowadzącą bloga www.wiecznatulaczka.pl oraz Ewą, szefową agencji Mountain Freaks

Trekking, którego się tak obawialiśmy był najłatwiejszy i najkrótszy ze wszystkich jakie doświadczyliśmy na wyprawie do Armenii. Jednocześnie mogę chyba śmiało powiedzieć, że widoki z Azhdahak i sama góra są po prostu piękne.

Wesoła ekipa na szczycie Azhdahak. Zdjęcie: Aga Wielińska

Po osiągnięciu szczytu wracamy tą samą drogą i znowu tłuczemy 3 godziny w samochodzie. Kaukaz 🙂

Islandia? Nowa Zelandia? Nie, to Armenia!
cudne widoki w okolicy Azhdahak
Kolory zachwycają

Aragats 4090 m n.p.m

Aragats lub Aragac to najwyższa góra Armenii w aktualnych jej granicach. Wygasły wulkan o czterech wierzchołkach, z którego najwyższy, północny, wznosi się na wysokość 4090 m n.p.m. Najłatwiej i najszybciej dostępny jest wierzchołek południowy o wysokości 3879 m n.p.m. Celem naszej wyprawy był wierzchołek północny, ale aby się na niego dostać i tak należało w pierwszej kolejności dostać się na wierzchołek południowy. Większość z nas była zdeterminowana powalczyć o najwyższy wierzchołek… do czasu aż go zobaczyliśmy 😉

Pomimo, że Aragats znajduje się ok. 50 km od Erywaniu musieliśmy wyruszyć bardzo wcześnie rano. Dojazd tym razem okazał się lepszy i po ok. 1,5 godziny zameldowaliśmy się przy jeziorze Kari, skąd miał rozpocząć się trekking na wierzchołek południowy. Droga była początkowo dość monotonna, ponieważ trzeba przejść kawał trasy, aby oczom ukazał się cel. A wiadomo, że ciężko się idzie do celu, gdy go nie widać 🙂

Po dwóch godzinach dotarliśmy na przełęcz, z której od wierzchołka południowego dzieliło nas już tylko kilkanaście minut. Na szczęście całe przejście poszło nam bardzo sprawnie i dużo szybciej niż było zakładane (2,5 godziny zamiast 3-4).

Ekipa w pełnym składzie- południowy wierzchołek Aragats, a za nami cel dalszej wyprawy części grupy- najwyższy, południowy wierzchołek góry. Zdjęcie: Aga Wielińska

Z tego miejsca mogliśmy już zobaczyć wierzchołek południowy oraz większość wiodącej na niego trasy. Muszę przyznać, że zrzedła mi mina, ale chyba nie byłam jedyną osobą, która przestraszyła się tym co zobaczyła.

Widok na wierzchołek główny (północny) i wschodni

Aby dostać się na główny wierzchołek Aragats należało zejść do przełęczy, a następnie na dno krateru, czyli ok. 300 m. Następnie po przejściu krateru trzeba było wejść na kolejną przełęcz i dalej stromym zboczem na szczyt, czyli ok 500 m do góry. Powrót tą samą trasą czyli całość wyprawy można przedstawić tak: 500 m do góry, 300 m na dół, 500 m do góry, 500 m na dół, 300 m do góry, 500 m na dół czyli mniej więcej 3 wejścia na Babią Górą, z tym że na wysokości 3300- 4000 m. n.p.m.

Na dnie krateru

Część ekipy nie podjęła się przejścia na wierzchołek główny, reszta ekipa ruszyła jeszcze nie wiedząc na co się pisze.

Droga okazała się mozolna i męcząca. Strome zbocza z luźnym, przemieszczającym się lepkim żwirem, miękki, zapadający się śnieg dosłownie wysysały z nas energię i sprawiały, że każdy krok kosztował nas dużo wysiłku. Po przejściu krateru byliśmy już mocno zmęczeni, a przecież czekało nas jeszcze długie podejście na przełęcz i szczyt. Strome, żwirowe wejście na przełęcz tak nam dało w kość, że na sam szczyt postanowiliśmy już iść bez plecaków. Niewątpliwie odzywała się już też wysokość i związana z nią mniejsza zawartość tlenu w powietrzu.

Zmęczona, ale szczęśliwa ekipa na północnym wierzchołku Aragats. Zdjęcie: Aga Wielińska

Gdy dotarliśmy na szczyt okazało się, że niestety nie możemy się nim zbyt długo delektować. Z porannej, pięknej pogody nie zostało już nic i wszystko wskazywało na to, że możemy się spotkać z burzą. A przecież czekała nas jeszcze bardzo długa droga powrotna…


Tak naprawdę zdobyty przez nas szczyt to tzw. fake summit. Prawdziwy, główny wierzchołek Aragats znajduje się ok 30 metrów od miejsca, do którego dotarliśmy. Na grani prowadzącej do wierzchołka doszło do obrywów skalnych i cały obszar jest bardzo niestabilny i niebezpieczny, dlatego aktualnie odradza się wejścia. Krzyż znajdujący się na głównym, „prawdziwym” szczycie leży wśród skał, gdyż został złamany przez potężny podmuch wiatru.

Powrót był bardzo męczący i można śmiało powiedzieć, ciężki dla psychiki. Bo przecież już weszliśmy na szczyt, już z niego zeszliśmy i przeszliśmy krater. Ale jak pisałam wcześniej, żeby wydostać się z masywu musieliśmy ponownie drapać się na przełęcz i zejść w kierunku jeziora. Wejście na przełęcz dłużyło się w nieskończoność i wydawało się nam, że nigdy nie dotrzemy na szczyt. Strome podejście w końcu jednak się skończyło i teraz czekało nas już tylko maszerowanie w stronę jeziora i czekających tam na nas aut. Dodatkową motywacją (poza kolacją) były grzmoty i pioruny, które wręcz „deptały nam po piętach”.

Zmęczeni, ale szczęśliwi i dumni, po ponad 10 godzinach marszu, dotarliśmy bezpiecznie do jeziora Kari skąd odjechaliśmy do Erywania. Nasz romans z górami Armenii dobiegł końca!

góry Armenii są piękne!
No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.