Sama nie wiem jak się to stało, że ten piękny szczyt nie znalazł się na liście moich zainteresowań wcześniej, ale zbieg okoliczności sprawił, że zostałam uwikłana w wyprawę „na Glocka” 🙂

Historia wygląda mniej więcej tak:

Siedząc w schronisku na Turbaczu, podczas najdziwniejszej zabawy sylwestrowej ever, rozmawiałam ze znajomymi z sekcji wspinaczkowej o moich planach i marzeniach podróżniczych. Jak się okazało jeden z naszych wymarzonych kierunków się pokrywał, a nawet stanowił ich cel na lipiec 2019. Mało tego, że podróżniczy , ale nawet górski! Postanowiłam dołączyć do wyprawy i tak oto po raz kolejny w życiu szykowałam się z motyką na Słońce 🙂 W sumie może i dobrze, że wyprawa się posypała, bo mogło się to różnie skończyć, choć powiem, że w głębi serca nie odpuściłam i wyjazd uważam jedynie za odroczony.

Po porażce w planowaniu „wyprawy życia” musiałam szybko znaleźć sobie kolejny cel górskich wypadów i tak oto moje oczy skierowały się ku Mont Blanc. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego, ale Biała Góra jakoś mnie nie pociąga i plan wyjazdu był poniekąd „odhaczeniem”. Non stop pojawiało się pytanie „ej a na Blanku byłaś?”, postanowiłam więc spróbować być. Napisałam do Michała Króla, znajomego przewodnika i tak oto powstał plan „Mont Blanc Sierpień 2019”. No tak i mamy sierpień i gdzie ten Blanc i co z tym Glockiem, bo coś się tutaj w mieszam w zeznaniach.

Zaraz po tym, jak zdecydowałam się na podbój najwyższego szczytu Europy, Michał zaproponował mi dołączenie do grupy kilku osób i przewodników oraz wejście właśnie na Grossglockner. Miało to się odbyć na początku maja, ale warunki pogodowe odwiodły nas od tego planu. Ostatecznie z całej ekipy zostały 3 osoby, a wyjazd został przełożony na lipiec.

z Michałem Królem w drodze na szczyt 🙂

Zapewne czytając o moich planach sierpniowych zacieracie już rączki na opowieści z Mont Blanc, ale o tym, czy się tam w ogóle wybrałam kiedy indziej więc musicie jeszcze trochę poczekać 😉 Tym czasem zapraszam Was na relację z pięknego, najwyższego w Austrii, Grossglocknera.

Lucknerhaus 1920 m n.p.m- Lucknerhütte 2241 m n.p.m Stüdlhütte 2802 m n.p.m

Na Grossglockner wybraliśmy się drogą klasyczną, czyli start nastąpił z parkingu pod Lucknerhaus, 3 gwiazdkowego hotelu na wzór alpejskich guesthousów, do którego „z dołu” można dojechać płatną drogą Großglockner Hochalpenstraße. Przyjeżdżając do okolicy wcześniej, można oczywiście zatrzymać się w tym miejscu, ale ja osobiście zdecydowałam się na nocleg w miejscowości Kals am Grossglockner. Kals to urocza mieścinka, położona w sercu przepięknej doliny. Zdecydowanie polecam zatrzymać się tu choć na jeden dzień.

Pod Lucknerhaus przyjechałam wcześnie rano i czekając na resztę ekipy udało mi się nawet wypić przepyszne latte.

na parkingu „pod Lucknerem”, za mną widać cel wyprawy Grossglockner 3798 m n.p.m

Parking „pod Lucknerem” jest spory, ale w weekendy robi się tutaj bardzo tłoczno. Poza trasą w kierunku Grossglocknera, jest kilka inny bardziej lub mniej zaawansowanych tras trekkingowych, do punktów widokowych oraz ścieżek edukacyjnych oraz ściany skalne przygotowane do wspinania sportowego. Miejsce jest więc bardzo atrakcyjne dla wielu „typów” turystów 🙂

Około godziny 9 na miejscu byli już moi towarzysze: Dagmara i Sebastian oraz nasz przewodnik Michał. Po krótkiej rozmowie, ogarnięciu ostatnich elementów sprzętu i pakowania, ruszyliśmy w górę.

ekipa gotowa do podjęcia wyzwania! od lewej: Sebastian, Dagmara, Michał Król- nasz przewodnik i ja

Pierwszy etap wyprawy to dojście do schroniska Stüdlhütte 2802 m n.p.m. Po drodze minęliśmy jeszcze schronisko Lucknerhütte 2241 m n.p.m, które stanowi dobre miejsce na krótką przerwę i skorzystanie z toalety. Droga do Stüdlhütte to zwyczajny trekking, który nam zajął około 2 godzin. Przy ładnej pogodzie przejście do tego schroniska jest możliwe w adidasach i nie wymaga żadnego sprzętu. Po drodze możemy podziwiać piękne widoki, a w schronisku posilić się na tarasie widokowym (jest tutaj czynna restauracja).

na zdjęciu widać dokładnie rozległy parking przy Lucknerhaus, Lucknerhütte oraz prowadzącą dnem doliny, stanowiącą pierwszy etap naszej wyprawy, ścieżkę
takie widoki na tarasie w schronisku Stüdlhütte
schronisko Stüdlhütte wygląda trochę kosmicznie, ale w dziwny sposób wkomponowuje się w przestrzeń

Stüdlhütte 2802 m n.p.m – Erzherzog Johann Hütte – Adlersruhe 3451 m n.p.m

W Stüdlhütte nadszedł moment na zmianę obuwia i przygotowanie się do poważniejszych rzeczy 🙂 Krótkie spodenki zmieniliśmy na softshelle, przebraliśmy buty wysokogórskie (raki były w gotowości, ale na tym etapie nie były nam jeszcze potrzebne), ubraliśmy uprzęże i kaski. Lekkie ubrania zostawiliśmy w depozycie i wyruszyliśmy dalej. Krajobraz tutaj zmienia się diametralnie. Trekking wśród zielonych ścieżek zamienia się w kamienisto śnieżne podejście, którym dochodzimy do lodowca Pasterze. Tutaj z uwagi na trudniejszy teren, związaliśmy się liną. Szło się nam bardzo dobrze, co jakiś czas robiliśmy krótkie postoje. Jedyną niedogodnością była zmieniająca się pogoda; słońce grzało bardzo mocno, ale co chwilę owiewał nas lodowaty wiatr.

droga przez lodowiec Pasterze

Ostatni fragment trasy do schroniska to strome, skalne podejście w większości ubezpieczone stalową liną. Powiem szczerze, że tego dnia to ten fragment najbardziej dał mi w kość. Choć zazwyczaj właśnie tego typu atrakcje lubię najbardziej to tutaj mocno wdało mi się zmęczenie, co na wysokości jest bardziej odczuwalne. Plecak był ciężki i zawadzał o kask, lina przeszkadzała, stopnie wydawały się wyżej niż były. Przejście tej trasy w górę nie było szczególnie trudne technicznie, wymagało jedynie zaangażowania całego ciałka, i po prostu po kilku godzinach marszu było mi już ciężko wykrzesać z siebie dużo energii.

Pokonanie trasy zajęło nam łącznie z przerwami 5,5 godziny. W tym czasie przeszliśmy 13 km i 1600 m przewyższenia.

wreszcie zasłużony odpoczynek z cudnymi widokami ( i co bardzo istotne- można też przebrać buty na coś wygodniejszego ;-P)

Erzherzog Johann Hütte – Adlersruhe 3451 m n.p.m

Położone na końcu odchodzącego od szczytu grzbietu, na małej skalnej platformie, schronisko Erzherzog Johann daje możliwość podziwiania fantastycznej panoramy Alp oraz bliski widok na cel wyprawy- szczyt. Atmosfera schroniska jest wyjątkowa i dla mnie, niezaznajomionej z klimatem alpejskich schronisk, było to samo w sobie fajne doświadczenie. W schronisku jest gwarno, ale nie ma tu przypadkowych osób, bo na 3400 m n.p.m raczej nikt sobie od tak nie wchodzi. Mnóstwo ludzi, ktoś w pełnym rynsztunku właśnie wraca ze szczytu, ktoś dopiero dotarł do schroniska, a ktoś już szykuje się do drogi na dół, pełno sprzętu górskiego i specyficzny zapach „zmęczenia i ekscytacji” (if you know what I mean 😉 ). W specjalnym pomieszczeniu przy wejściu do schroniska zostawiliśmy sprzęt na atak szczytowy; buty wysokogórskie, raki, uprząż, kask, czekan i udaliśmy się załatwić kwestie formalne. Pobyt w schronisku kosztował 54 EUR i w ramach tej opłaty dostaliśmy: nocleg (łóżko, 2 koce, poduszkę- fajnie bo nie trzeba wnosić śpiwora), obiadokolację składającą się z zupy, drugiego dania i deseru (porcje serio były całkiem spore) i śniadanie w dzień wyjścia na szczyt. Porównując ceny w tatrzańskich schroniskach, uważam, że w Erzherzog Johann ceny nie są wygórowane. Warunki noclegowe są bardzo dobre, a jedzenie smaczne i podane w dużych porcjach.

Po zameldowaniu i szybkim ogarnięciu się po wędrówce, udaliśmy się na drzemkę. Po odpoczynku przyszedł czas na wspomnianą obiadokolację, ostatnie przepakowanie, omówienie planu następnego dnia i mogliśmy wrócić do spania. W schronisku jest dostępna „cywilizowana” toaleta, natomiast dla turystów nie ma dostępu do bieżącej wody. Dylemat „myć się czy się nie myć” mieliśmy zatem z głowy 🙂

Ruszamy na szczyt!

Już następnego dnia po przybyciu do Erzherzog Johann Hütte wyruszyliśmy na szczyt „Glocka”. Noc minęła nam spokojnie, choć jak dla mnie w pokoju było zdecydowanie za duszno ( 7-8 osób śpiących w jednym pokoju i zamknięte okno). Szybko wskoczyliśmy w ciuszki i ruszyliśmy na śniadanie. 2 kromki z nutellą i mleczna kawa weszły wyjątkowo dobrze 🙂

Ponieważ atak szczytowy miał zająć nam około 3 h mogłyśmy z Dagmarą pozwolić sobie na wyjście bez plecaków. Termos z herbatą spakowałyśmy Michałowi, który i tak niósł mały plecak, a czekany wpięłyśmy sobie w uprząż. Kask, uprząż i raki ubraliśmy od razu, gdyż tuż za schroniskiem rozpoczyna się lodowiec.

Od samego początku szło nam się bardzo dobrze, choć przez moment mieliśmy wrażenie że mamy na sobie za dużo ubrań. Wszyscy ubraliśmy bieliznę termiczną i kurtki puchowe. Bardzo szybko jednak przekonaliśmy się, że nasz wybór odzieży był słuszny bo na grani wiał lodowaty wiatr.

taki widok roztaczał się ze schroniska o 5 rano
drogowskaz na wypadek gdyby ktoś się zgubił

Trasa do szczytu początkowo wiedzie przez dość stromy lodowiec. Następnie przechodzi w ubezpieczony linami fragment skalny. Ze względu na liczne oblodzenia kontynuowaliśmy wspinaczkę w rakach. Po jakimś czasie mogliśmy już zdjąć raki gdyż na dalszym odcinku drogi towarzyszyły nam w zasadzie jedynie głazy. Na grani nie ma już stalowych lin, pojawiają się za to pręty do asekuracji na których Michał zahaczał linę gwarantując nam bezpieczeństwo. Wspinaczka nie była trudna, ale otwarta przestrzeń i lufa mogły onieśmielić. My bawiliśmy się super 🙂

idziemy do góry! Blisko lewego górnego rogu zdjęcia zobaczycie schronisko Erzherzog Johan Hutte, z którego wyruszyliśmy
mały korek na grani

Miejscami na grani tworzyły się zatory, gdyż weekend i ładna pogoda przyciągnęły sporo górołazów. Wszyscy byli jednak dla siebie bardzo mili, wzajemnie sobie pomagali, tak, że całe przejście i mijanie się odbywało się w miłej atmosferze.

i nasza kolej
no to w drogę

Chyba najbardziej dostrzegalnym minusem dużej ilości osób na drodze było to, że nie można było w pełni rozkoszować się szczytem i widokami z niego. Łyk herbaty, gryz batona, pamiątkowa fota i trzeba było schodzić bo już następne zespoły docierały do szczytu.

Dotarłam! Znajdujący się na szczycie krzyż upamiętnia 25 rocznicę ślubu cesarza Franciszka Józefa I z Elżbietą Bawarską zwaną Sissi
cała ekipa na szczycie
i takie widoki ze szczytu…

Zejście do schroniska odbywało się tą samą drogą. Początkowo trochę się baliśmy schodzenia po stromych płytach, ale wszystko przebiegało bardzo sprawnie i schodziło się absolutnie bez żadnych problemów (i bez strachów). Najbardziej męczące podczas schodzenia było przejście przez śnieg i lodowiec, ponieważ wierzchnia warstwa był bardzo zmrożona, zlodowaciała i niesamowicie śliska. Każdy krok musiał być stawiany precyzyjnie, a zęby raków porządnie wbite w śnieg. Dobrze było dotrzeć do schroniska <3

a teraz trzeba się jakoś wygramolić na dół

W Erzherzog Johann Hutte mieliśmy chwilę na odpoczynek, łyk coca coli, przepakowanie plecaków i przebranie się w lżejsze stroje.

szczęśliwi „zdobywcy” już w schronisku

Gotowi do drogi wyruszyliśmy, a naszym celem było schronisko Stüdlhütte, do którego prowadził nas Michał. Do parkingu „przy Lucknerze” mogliśmy już dotrzeć na własną rękę. Schodzenie szło nam nawet sprawnie, fragment stalowych lin w dół był zdecydowanie mniej męczący. Chyba najbardziej zmęczyło mnie schodzenie bo miękkim śniegu. Szło się tam źle, zapadały się nogi i co chwilę któreś z nas zaliczało glebę. Dotarcie do „Stüdhla” było bardzo przyjemnym momentem, szczególnie, że od tego schroniska pozostaje jedynie trekking w dół wśród zieleni i pięknych widoków.

Tak właśnie wyglądała moja mała przygoda z Alpami Austriackimi i najwyższym szczytem Austrii. Teraz czas na kolejną przygodę więc pozostańcie czujni! Oczywiście, jak zawsze zapraszam do śledzenie moich poczynań na Instagramie i Facebooku

Pozdrawiam serdecznie

Karolina

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.